Smycz, ciastka… i paciorkowiec

Każdy z nas bywa w cukierni. Kupujemy torty, ciastka, babeczki – wszelkiego rodzaju słodkie wypieki. Zachodzimy tam z nadzieją kupna czegoś smacznego, ale także z pełnym zaufaniem, że w cukierni jest jak trzeba, czyli czysto. W dzisiejszych czasach utrzymanie czystości w miejscach gastronomicznych jest oczywistością, więc mało kto od razu zauważa pewne „niedoskonałości”. Taka ja, zachodząc do cukierni, mam nadzieję na zakup dobrego wypieku. Nie musi to być nic z najwyższej półki, aż tak wygórowanych potrzeb nie mam, ale darzę całkowitym zaufaniem miejsce, jak i personel tam pracujący. Można powiedzieć, że z tym zaufaniem idę w ciemno, no ale do tej pory żadnych zastrzeżeń nie miałam. Jednak, przez pewne zdarzenie, moja wiara w czystość niektórych punktów podupadła. Było to dosyć niedawno, w pewnej olsztyńskiej, znanej cukierni…

Niedługo z wizytą miała wpaść do mnie rodzina, więc oprócz kawy i herbaty na stole przydałyby się jakieś ciasta. Jak po ciastka, to do cukierni. Jak do cukierni – to do jakiejś najbliższej, po drodze.

Wchodzę, przede mną czeka pięć osób. OK, no to czekam.

Stoję i przeglądam wiadomości dla zabicia czasu.

Kolejka powoli się zmniejsza – jestem już trzecia. Chowam powoli telefon i nagle do lady podchodzi pewna osoba (nazwijmy ją tutaj Tosią) z prośbą o wydanie kluczyka do toalety.

Pani przerywa pracę, otwiera szufladę, wyjmuje kluczyk na smyczy i go podaje. Nic nadzwyczajnego. Po jakichś 5 minutach Tosia powraca, oddaje kluczyk i tyle jej było, a pani ekspedientka z powrotem obsługuje kolejną osobę. W pewnym momencie, mówiąc kolokwialnie, „zapala mi się czerwona lampka”. Spojrzałam się na panią sprzedawczynię. Z wyglądu nic jej nie można było zarzucić, czysta, schludna, zadbana.

Spojrzałam na jej ręce, nakłada ciasto bez rękawiczek (może bez rękawiczek szybciej, wygodniej i precyzyjniej? – nie wiem). I nagle do mnie dociera cała sytuacja.

Pani ekspedientka nakłada ciastka, torciki itd. bez rękawiczek. Wręcza i odbiera kluczyk do toalety. Powraca do wydawania ciast.

Może to coś ze mną jest nie tak, może wyolbrzymiam, ale jak to do mnie dotarło, chęć kupienia tutaj czegokolwiek od razu przeszła. Ja rozumiem, ktoś (w tym wypadku Tosia) potrzebował skorzystać z toalety – ludzka rzecz. Tylko pytanie – czy musi w takiej sytuacji zachodzić akurat do miejsca, gdzie jest sprzedawane jedzenie? Czy pani ekspedientka jest od wydawania kluczyka do łazienki? Wątpię, by był tam jakiś żel antybakteryjny, którym można by było zdezynfekować dłonie. Samym mydłem bakterii się nie zmyje. Mydło, co najwyżej, zmyje widoczny brud na dłoniach, ale nic więcej. Bakterie nadal pozostają, chociażby na klamce u drzwi, którą za chwilę dotkniemy.

Najlepiej żeby to zobrazować, a więc:

Pani w sklepie nakłada torty dłońmi, wydaje Tosi kluczyk do toalety, który jest na smyczy, takiej jak dzieciom się daje, by kluczy nie zgubiły (a smycz, no cóż, do najczystszych nie należała). Tosia po skorzystaniu z WC oddaje kluczyk, kładzie go na ladzie (dokładnie tam, gdzie podaje się ciasto). Ekspedientka chowa kluczyk, bierze zapłatę za ciasto (banknoty też swoją drogę przeszły, Bóg jeden wie, kto i gdzie je wcześniej trzymał). Kobieta pociera twarz (tuż po schowaniu banknotów; dotyka oczu czy ust) ze zmęczenia i podaje ciasto. Klient bierze potem to pudełko z ciastem do domu.

A potem dziw i niedowierzanie, jak u lekarza dowiadujemy się, że zaraziliśmy się bakterią E. coli, paciorkowcem, gronkowcem czy tyfusem. No dobra, tyfusem nie, ale wiecie o co mi chodzi.

Skoro w cukierni jest łazienka udostępniana klientom, to może dobrze by było, gdyby była cały czas otwarta, bez kluczyka? Wtedy takie rzeczy, by się nie zdarzały. A jeśli jest na kluczyk, to tylko do użytku personelu? Fakt, że sprzedawczyni nie miała nałożonych rękawiczek nie wzbudził u mnie na początku żadnego zaskoczenia. Dopiero po sytuacji z kluczykiem ten fakt do mnie dotarł. Cała sytuacja nie jest jakąś aferą i tak jej nie traktujmy. Jest ona po prostu z życia wzięta, zwraca uwagę i no cóż, budzi wątpliwości, w jaki sposób wydaje się tutaj jedzenie. I to też nie jest tak, że robię problem z niczego, bo problem jest – nieduży, ale jest.

Chcielibyście zjeść ciasto po tym, gdy widzieliście panią sprzedawczynię odbierającą kluczyk po przejściach (bądźmy szczerzy, nie wiadomo, gdzie ten kluczyk leżał w toalecie), a później nakładającą ciastka, jak gdyby nigdy nic? Odpowiedź należy do was.

Autor: Aleksandra Kowalczyk

Korekta: Magdalena Witkowska

Zdjęcie główne: pixabay.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *