Kino pod szyldem Dogmy 95

Trzy kwadranse. Dokładnie tyle zajęło Larsowi von Trierowi i Thomasowi Vinterbergowi spisanie dziesięciu postulatów, które bezpowrotnie miały zerwać z hollywoodzką estetyką kina. Poparło ich dwóch innych rewolucjonistów – Kristian Levring i Soren Kragh-Jacobsen. Tak narodziła się Dogma 95.

20 marca 1995 roku w jednym z kopenhaskich pubów doszło do przełomowych deklaracji dla skandynawskiej, jak i pod pewnymi względami, światowej kinematografii. Ów manifest zakładał zerwanie z tendencjami typowymi dla kina, zwłaszcza amerykańskiego, po 1960 roku. Przepełnieni poczuciem misji Duńczycy, przeświadczeni o śmierci sztuki filmowej, uważali za obowiązek jej wskrzeszenie. Naczelna zasada Dogmy 95 – „Kino to człowiek wobec samego siebie, a nie tylko aktor przed kamerą” – zwiastowała nową, przepełnioną realizmem jakość. W dziesięciu postulatach zakładano między innymi: rezygnację ze scenografii i rekwizytów, brak dźwięku, który nie wynika wprost z obrazu, ujęcia „z ręki” i bezwzględny brak statywów, a co za tym idzie, to kamera miała dostosowywać się do toczącej się akcji. Plan oświetlany był tylko przez jedną lampę zainstalowaną na kamerze, a obraz nie mógł być urozmaicany przez morderstwa czy broń, które zdaniem twórców, sztucznie wzbogacały fabułę. Zrezygnowano również z podawania nazwiska reżysera podczas napisów końcowych.

Śluby Czystości, bo tak również nazywano ten manifest, to ograniczenie jakichkolwiek artystycznych zapędów twórców i wyzbycie się choćby najmniejszych pokładów indywidualizmu. Odrzucono możliwości jakie dawał postęp technologiczny, a pod pewnymi względami, zabrano również szansę przełamywania kolejnych konwenansów. Przyzwolenie na kreatywność było nikłe. Wszystkie zasady miały przyczynić się do zaprzestania manipulowania materiałami filmowymi, a autentyczność była uznawana za wartość nadrzędną.

Filmy sygnowane znakiem Dogmy 95 przypominały amatorskie produkcje, które mogłyby zostać nakręcone przez laika, niezwiązanego w żadnym stopniu z kinem, maskującego pod przykrywką „kina dogmatycznego” swoje braki warsztatowe – choć nie zabrakło również wybitnych dzieł, takich jak „Festen” czy „Przełamując fale”. Nie zmienia to faktu, że obrana konwencja znacząco utrudniała odbiór obrazów, a wynikało to z wieloletnich przyzwyczajeń widza do pewnych norm. Dodatkowo paradokumentalny charakter sprawiał wrażenie uczestniczenia odbiorcy w toczących się na ekranie wydarzeniach. Postawiono na przekaz i surowość formy, co w połączeniu z kontrowersyjnymi tematami i dużym stopniem zaangażowania widza, bywało niewygodne.

Spisane postulaty zostały przedstawione w Paryżu podczas obchodów setnej rocznicy powstania kina. Duńczycy nie mogli wybrać lepszej okazji. Von Trier przeczytał zebranym w sali filmowcom każdą z zasad, rozdał czerwone ulotki z rozpisanym manifestem, po czym opuścił pomieszczenie bez żadnych wyjaśnień, odmawiając zaskoczonym dziennikarzom odpowiedzi na pytania. Kontrowersyjne postulaty na dobre podzieliły świat kinematografii, przysparzając sobie tyle samo przeciwników, co zwolenników.

Co ciekawe, nikt inny nie łamał nowo przyjętych norm tak często, jak sami twórcy Dogmy 95. To również von Trier i Vinterberg jako jedni z pierwszych porzucili zasady ów manifestu – nastąpiło to już po dziesięciu latach od jego podpisania. Poza tym żaden stworzony przez nich obraz nigdy nie spełniał wszystkich wcześniej ustalonych zasad, co jedynie podkreśla słabość tych założeń.

Ostatecznie w przeciągu dziesięciu lat stworzono 37 obrazów, wpisujących się w kanwę deklaracji. I choć ich jakość wielokrotnie reprezentowała niebywale niski poziom, to dzięki Duńczykom nastąpiła pewna rewolucja, a oczy całego filmowego świata ponownie skierowane były na Skandynawię.

 

Autor: Agata Żemier

Korekta: Oliwia Jaroń, Magdalena Witkowska

Zdjęcie główne: commons.wikimedia.org

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *