A kto umarł ten… żyje? – recenzja płyty „Bonson postanawia umrzeć”

Tytuł najświeższej płyty Bonsona zbyt wielkiego marginesu wątpliwości nie zostawia – optymistyczne wydawnictwo to nie jest.  Niby nie powinno to zaskakiwać, gdyż już w czasach pierwszych EP-ek (gwoli przypomnienia: „Wspomnienia z domu umarłych”, „EP Ci W D” oraz „Lepiej się witać”) i legalnego debiutu, zdecydowanie więcej uwagi, jeśli nie całą, poświęcał mroczniejszym aspektom swojego życia. Niemniej, tak brutalnie jeszcze nie było. O szczerości nie wspominam, bo akurat w tej kwestii, Szczecinianin zawsze mógł być wzorem dla polskich raperów, którzy w większości są dość zakłamanym gremium.

Album nie pozostawia wątpliwości: Damian znów się pogubił. Demony i nadużywane specyfiki powróciły do jego życia w bezlitośnie wielkim stylu. Cytując drugi kawałek, „Pozory”: „Przyznaj się, wróciły kreski na blat, ćpunem będziesz już na zawsze, cię nie zmieni lepszy kwadrat”. Zresztą, wzmianek o ćpaniu jest multum. „Razy”: „Trochę śmiechu, kiedy pierwszy raz sypali kreski. K****, nikt mi nie powiedział, że się dwa dni męczysz”, „W dół”: „Dwie godziny temu kumpel przywiózł towar”, „Border”: „Apartament, piętro siódme, życie jest okrutne. Kiedy znowu dzielę towar, na zegarku pięć po szóstej” i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej… Cała płyta naznaczona jest prochem. Nawet we wnętrzu pudełka można doszukać się kilku białych śladów na grafikach. Niektórych z pewnością będzie to drażnić i odrzucać, lecz ja akceptuję rap tylko w formie skrajnej szczerości i rozrachunku moralnego.

Nawet ci pogardzający ludźmi upadłymi, powinni dać tej płycie szansę, choćby ze względu na formę w jakiej jest Bonson. Od 2015 roku, w którym padły znamienne słowa „Technicznie, k****, top 3 w Polsce” („To znowu BS”) wiele się nie zmieniło. Każdy wers jest tam gdzie powinien, bez zbędnych wstawek, jęków czy niesprecyzowanych odgłosów, jak u wielu obecnie działających „raperzyn”. Pod względem warsztatowym nie można zarzucić tej płycie nic.

Produkcja stoi na bardzo wysokim poziomie. Podkłady świetnie współgrają z linijkami Bonsona i żywię nadzieję, iż ich autor, KPSN, zdobędzie rozgłos, bo bezapelacyjnie na to zasługuje. Warto również napomknąć o jego gościnnej zwrotce w szóstym kawałku płyty. Nie każdy zdołałby dotrzymać kroku Bonsonowi, a tu absolutnie nie ma przepaści między raperami. To samo tyczy się Flojda.

Niestety, niejaki Łuszy w moim odczuciu zrujnował kawałek „Moi idole nie żyją”. Odechciewa się słuchania, gdy po świetnym refrenie Cywińskiego, swoją zwrotkę zaczyna ów osobnik. Notabene, występ tego pana uznaję za jedyną wadę tej płyty.

Sam nie wierzę, że to stwierdzam, lecz mam nadzieję, że nie nagra nigdy więcej płyty aż tak mocnej. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Lubię jego twórczość. Szkoda byłoby, gdyby przedwcześnie zszedł z tego świata. Na szczęście, jeśli wierzyć wywiadom, to ponownie wyszedł na prostą i jego życie na nowo zyskało stabilność. Jest zatem szansa, że nagra jeszcze kilka płyt, nim faktycznie stanie się to o czym mówi tytuł.

 

Autor: Artur Kaczanowski

Korekta: Oliwia Jaroń

Zdjęcie główne: https://www.stoprocent.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *