Rysiek i fioletowa koszulka

Grudzień – deszcz, śnieg i zawierucha, o czwartej już ciemno, zimno i w ogóle pies z kulawą nogą nie wychodzi wieczorami na ulice. Jako przykładny i dorosły obywatel mam obowiązki – także te prozaiczne, jak na przykład zrobienie prania. Aby nie wyjść z jednej z goffmanowskich ról, czym prędzej rozpocząłem poważne zajęcie włożenia do pralki brudnych skarpetek, gaci i koszulek. Mam taką ciemnofioletową koszulkę, a że grudzień to wybitnie nostalgiczny miesiąc, patrząc na nią zebrało mi się na wspominki.

To był 2007 rok. Wtedy właśnie po raz pierwszy pojechałem na koncert poza granice mojego miejsca zamieszkania. „To był maj, pachniała Saska Kępa”, a zespołem, który wtedy zagrał, było Deep Purple. Przed koncertem, który odbywał się we Wrocławiu, zahaczyłem ze swoim bratem o Gitarowy Rekord Guinnessa – licznie zgromadzeni gitarzyści zagrali (pod czujnym okiem pomysłodawcy przedsięwzięcia, Leszka Cichońskiego) Hey Joe Jimmy’ego Hendrixa, tym samym po raz kolejny bijąc swój własny rekord w liczbie gitarzystów wykonujących ten sam utwór. Była to całkiem smaczna przystawka przed głównym wydarzeniem. Jednak wracając do samego koncertu, który był dla mnie niezwykłym przeżyciem – parędziesiąt tysięcy ludzi, znane i lubiane utwory, niesamowita atmosfera. Nigdy wcześniej nie odczuwałem takiej radości – możliwość oglądania legendy hard rocka i posłuchania rockowego hymnu Smoke on the water na żywo…. ten dzień zapamiętam do końca życia.

Deep Purple pochodzi z Wielkiej Brytanii, swoją działalność rozpoczęło pod koniec lat sześćdziesiątych. Zespół przechodził swoje wzloty i upadki, miał lepsze i gorsze momenty. Deep Purple działa nadal, choć w składzie nieco odmiennym niż ten najbardziej zapamiętany i ceniony, między innymi z Johnem Lordem i Ritchiem Blackmorem. Tu lekka dygresja: daje się zauważyć pewną tendencję do częstych zmian składu w zespołach rockowych; w wielu przypadkach takie sytuacje zdarzają się u tych najlepszych wykonawców. W zasadzie chyba nie ma czemu się dziwić, wszak równie mocne charaktery długo ze sobą nie wytrzymują…

Myśląc hard rock, mówi się Deep Purple. Nikt nie podważy stwierdzenia, iż są pionierami tego podgatunku muzyki rockowej. Najbardziej charakterystycznym elementem instrumentalnym zespołu są organy Hammonda, wygrywające szalone solówki i z powodzeniem zastępujące gitarę rytmiczną. Jednak Deep Purple słuchałem (i nadal czasem słucham) przede wszystkim ze względu na grę Ritchiego Blackmore’a. Gdy po raz pierwszy usłyszałem jego solo do Highway Star, byłem w ciężkim szoku. Nie mogłem sobie wyobrazić w jaki sposób można grać na gitarze tak kosmiczne dźwięki. Idealne połączenie bluesowej zadziorności i klasycznej melodyjności:

Blackmore to gitarzysta kompletny: nienaganna technika, idealnie wpasowujące się w stylistykę grupy brzmienie oraz połączenie elementów muzyki klasycznej, bluesowych riffów i rocka. Dziś zdecydowanie odszedł od pierwotnego gatunku, aby poświęcić się klimatom muzyki średniowecza i folku (zob. Blackmore’s Night), a jego miejsce zajął Steve Morse (który technicznie nie ustępuje Blackmore’owi, a czasem ma się wrażenie, że jest dużo lepszy). Nie zliczę, ile godzin poświęciłem na skopiowanie brzmienia gitary Ritchiego. Pamiętam, że zamykałem się w pokoju na całe dnie i ćwiczyłem zagrywki, solówki i riffy w jego stylu. Pomimo tego, że dziś sporadycznie sięgam po nagrania popisów Blackmore’a czy Deep Purple w ogóle, to gdzieś ta muzyka we mnie została. Traktuje ten zespół jako pewnego rodzaju sentymentalny klasyk, do którego mogę wrócić w każdej chwili. Za każdym razem odkrywam coś zupełnie nowego – nutę, zagrywkę lub element mixu, który poprzednim razem umknął mojej uwadze. To jest właśnie wyznacznikiem zespołów legendarnych, jakim Deep Purple z pewnością jest i takim pozostanie, bez względu na to, w jakim kierunku muzycznym podążają teraz. Miejsce w panteonie gwiazd rocka wypracowali sobie już dawno. No i wreszcie – o którym zespole rockowym możecie pomyśleć, robiąc pranie? Chyba, że macie do wyczyszczenia kaszmirowe szale…

Autor: Łukasz Grochulski

Korekta: Oliwia Jaroń

Zdjęcie główne: Łukasz Grochulski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *