Witaj w Piekle – recenzja serialu „Hell on Wheels”

 

Historia żołnierza armii konfederackiej Cullena Bohannona, który wędruje przez Stany Zjednoczone, poszukując zabójców swojej rodziny. Trafia on na plac budowy transatlantyckiej linii kolejowej, gdzie okazuje się znaleźć pierwszy trop. Dziki Zachód pokazany od strony bardziej szczegółowej, multum bohaterów i świat polityki oraz biznesu, który nierzadko sprowadza się do łamania prawa. Czy John Wayne byłby dumny z tej produkcji? Ile dzikości jest na tym Zachodzie? Zapraszam do spoilerowej recenzji.

Wyobrażenia na temat Dzikiego Zachodu są naprawdę różne, wszyscy jednak kojarzą go z: rewolwerami, preriami, napadami na banki czy pociągi, w końcu z końmi, kowbojami i przesadnie odzianymi damami. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, jak bardzo brutalny i krwawy był to świat. Hell on Wheels przychodzi z pomocą tym ludziom, którzy myśleli, że po wojnie secesyjnej sytuacja w Stanach Zjednoczonych była już stabilna. I choć jest to już bliżej końca Dzikiego Zachodu, bo zaczyna się okres urbanizacji oraz rozbudowywania miast, tak u schyłku swej wspaniałości, mamy do czynienia z bohaterami, którzy brali udział w budowie linii kolejowej ze wschodu USA na zachód.

Cullen Bohannon (Anson Mount), weteran wojny secesyjnej, konfederata (który przed samą wojną jednak uwolnił swych niewolników), przybywa do małej wioski pracowniczej, stworzonej na potrzeby biznesu. Pojawia się pod pretekstem poszukiwania pracy, tymczasem okazuje się, że tropi on zabójców swojej rodziny, którzy podobno przebywają gdzieś na terenie budowy. Od pierwszej sceny w konfesjonale nabrałem sympatii do głównego bohatera, gdyż pokazuje on, iż nie zawsze to co trzeba zrobić, jest właściwe pod kątem prawa, a osobiście uważam, że sprawiedliwość być musi. I choć na początku Bohannon zdaje się być bardzo tajemniczy, twórcy szybko ukazują nam jego prawdziwe cele, a na przestrzeni kilku sezonów jego postać ewoluuje, jak i cały serial.

Pozytywne wrażenie pod względem zgodności z panującym realiami wywarło na mnie przedstawienie całej wioski pracowniczej oraz sytuacji politycznej w kraju. Nie chodzi mi tylko o sam szczebel nadrzędny, czyli prezydenta, ale o sytuację chociażby czarnoskórych czy kobiet, którzy pomimo wygrania wojny przez Północ (czyli zwolenników równości), dalej są traktowani przedmiotowo. W przypadku Afroamerykanów – jako tania siła robocza; w przypadku kobiet – jako prostytutki. Krajobraz Dzikiego Zachodu pozostaje taki, jaki został wykreowany przez lata w ukochanej przeze mnie literaturze: stepy, mroźne zimy, gorące lata, błoto, brud, matowość i biało-czarna rzeczywistość. Jestem ogromnym zwolennikiem oddawania prawdy historycznej w produkcjach filmowych i serialowych, dlatego tym bardziej polubiłem Hell on Wheels za to, jak bardzo nakręcone sceny przypominają te z moich wyobrażeń po zapoznaniu się z lekturą Na południe od Brazos Larry’ego McMurtry’ego.

Hell on Wheels, reż. Joe Gayton, Kanada/Wielka Brytania, 2018/imdb.com

Przechodząc do postaci pobocznych czy drugoplanowych, na szczególne uwzględnienie zasługują dwie osobistości: niejaki Szwed (Christopher Heyerdahl) i Thomas Durant (Colm Meaney). Ta dwójka obok wspomnianego wcześniej Cullena Bohannona wybija się ponad wszystkich i nie tylko dzięki swojej pozycji społecznej, ale również przez charyzmę oraz niezłomność charakteru kreują rzeczywistość wokół tego małego świata jaki został stworzony na potrzeby serialu. Choć wydaje się, że plac budowy linii kolejowej jest otwarty, tak wewnątrz widać kto rządzi i z kogo zdaniem trzeba się liczyć. Jeszcze fajniej zaczyna się robić wtedy, gdy mamy roszady na stanowiskach kierowniczych , a także wewnątrz Dzikiego Zachodu – inny, lokalny Dziki Zachód – konflikty mniejszości etnicznych (w tym również Indian czy w późniejszych sezonach, mniejszości azjatyckich), próby przejęcia biznesu, napady na banki – co kto lubi.

Nie można również zapomnieć o postaciach epizodycznych, bądź mocno drugoplanowych, które często nie trzymają się w serialu dłużej niż przez góra dwa sezony. Na wzmiankę zasługują tutaj między innymi Wielebny Nathaniel Cole (Tom Noonan) oraz Elam Ferguson (Common), którzy przez ten niedługi czas jaki dostali na przestrzeni tych kilku sezonów, wykreowali postacie ciekawe. Reszta aktorów nieco odstawała poziomem od piątki wyżej wymienionych, acz nie byli oni wyłącznie tłem, bo każdy ma swoje pięć minut w Hell on Wheels.

Osoby odpowiedzialne za ścieżkę dźwiękową musiały wychować się na starych westernach z Johnem Waynem czy Yulem Brynnerem, gdyż ewidentnie widać tutaj oczko puszczone w stronę starych wyjadaczy i fanów gatunku. Klimatyczna muzyka, oddające w pełni klimat Dzikiego Zachodu różne dźwięki, wplecenie w to etnicznej sztuki (np. piosenki w językach szczepów Indian). To wszystko powoduje, że ten serial, mimo swoich kilku wad, prezentuje rzetelny obraz Stanów Zjednoczonych z lat 60. XIX wieku – nie jest przekoloryzowany, nie jest też matowy i pozbawiony głębi. Tam się tak wtedy żyło i twórcy to chcieli pokazać.

Będąc całkowicie szczerym, jestem wielkim fanem tego serialu, tak jak i Dzikiego Zachodu, dlatego nie mogę nie polecić tej produkcji. Z tym jednak, wiadomo, jest różnie wśród ludzi, gdyż western to gatunek z kategorii „tak lub nie” – albo się go lubi, albo nie. Dlatego, jeśli ktoś chciałby rozpocząć swoją przygodę z klimatem kowbojów, nie polecę tego serialu, gdyż jest on bardziej robiony pod tych, którzy interesują się tematem. Jeśli jednak ma ktoś zajawkę na Dziki Zachód, to Hell on Wheels spełni w całości jego oczekiwania, a już na pewno zostanie przywitany w Piekle.

Autor: Kamil Jurewicz

Korekta: Oliwia Jaroń

Zdjęcie główne: Hell on Wheels, reż. Joe Gayton, Kanada/Wielka Brytania, 2018/imdb.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *