Istota ciepłolubna

Ostatnio paląc papierosa obserwowałem spadające z gracją płatki śniegu i doszedłem do smutnej konstatacji – zima utraciła swój urok.

Cofnąłem się myślami do czasów podstawówki. Pamiętam zajęcia, na których cała klasa została zobligowana do zaznaczenia na tablicy swojej ulubionej pory roku. Nie mam pojęcia jaki był cel tego ćwiczenia, lecz wiem, że takowe miało miejsce. Mniej więcej połowa klasy już wtedy była mądrzejsza ode mnie i reszty klimatycznych odszczepieńców, albowiem zgodnie wybierali lato. Jesień i wiosna co prawda miały swoich wyznawców, lecz najmocniejszym rywalem upałów, słońca i teoretycznego szczęścia, było jego polarne przeciwieństwo – zima. Jako zwolennik sprzeciwu wobec woli większości, mój głos zasilił grono lubujących się w mrozie.

Najprawdopodobniej przemówiły za tym dwa argumenty – zjeżdżanie na sankach ze znajdującej się nieopodal mojego bloku górki, co potencjalnie groziło obiciem sobie głowy (obecnie odnalazłem substytut tej rozrywki w postaci upadania na beton w odmiennych stanach świadomości) i walki na śnieżki (teraz zdarza się jedynie czasem rzucić butelką w niesprecyzowany cel, wywołując tym zrozumiały sprzeciw otoczenia). Ale to kwalifikuje się jako uroki dzieciństwa. Z czasem do gry weszły atrybuty dorosłości, używki.

Pierwsze próby spożywania alkoholu przypadły na gimnazjum. Przy okazji zimy picie piwa na zewnątrz było zdecydowanie mniej komfortowe niż w letnim lub wiosennym słońcu. Jedynym schronieniem okazywały się klatki schodowe. Mieszkańcom owych enklaw dziecięcego mordowania szarych komórek często brakowało zrozumienia dla naszych pomysłów, co owocowało stanowczym ordynowaniem wypadu na minusową temperaturę. Wódka lepiej sprawdzała się w śnieżnobiałym plenerze, jednak też nie była rozwiązaniem idealnym, gdyż jej działanie rozgrzewające było tyleż wspaniałe, co krótkotrwałe.

Inne środki? Cóż, wystarczy powiedzieć, że bycie upalonym i zmarzniętym nie jest najlepszym z połączeń. Przynajmniej w moim przypadku. Może bardziej oddani rastafarianie znoszą to w lepszym stylu, lecz dla mnie to przeszłość i to nie w pełni dobrze wspominana. Dalej podejrzewam u siebie subtelne osłabienie zdolności poznawczych, jednakże takie są uroki dorastania w mieście wojewódzkim najbiedniejszego regionu Polski.

To wszystko sprowadza się do jednego wniosku – wraz z dziecięcą niewinnością utraciłem zdolność radowania się życiem mimo utrudnień pogodowych. Nie bez powodu nie jestem w stanie odczuć żadnej radości ze świąt Bożego Narodzenia. Najjaśniejszy punkt zimy stał się niczym innym jak możliwością nadmiernej konsumpcji i wolnymi dniami od wszystkiego, co składa się na życie. Jeśli na tym polega dorosłość, to rozwijam się celująco, lecz nie wiem czy to dobrze.

Autor: Artur Kaczanowski

Korekta: Oliwia Jaroń

Zdjęcie główne: Artur Kaczanowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *