Winchester. Dom duchów – recenzja filmu

Australijsko-amerykański film Winchester. Dom duchów gatunku horrorów, został wyprodukowany w 2018 roku. W Polsce miał swoją premierę 9 lutego. Stojący za kamerą reżyserowie to bracia niemieckiego pochodzenia – Michael i Peter Spierig, twórcy takich produkcji, jak: Przeznaczenie, czy Piła: Dziedzictwo.

Fabuła filmu nawiązuje do autentycznej postaci, Sarah Lockwood Winchester, wdowy po Williamie Winchesterze, dziedzicu fortuny Olivera Winchestera. Po tragicznej śmierci męża i syna, Sarah Winchester pogrąża się w żałobie i oddala od codziennego życia. Jest przekonana, że jej rodzinę nawiedzają duchy osób, które zostały zabite ze skonstruowanej przez jej teścia broni – słynnego karabinu Winchester. Broniąc się przed demonami, spadkobierczyni wielomilionowej fortuny zleca budowę niezwykłej posiadłości. Składający się z setek pokoi, skonstruowany jak labirynt, pełen prowadzących donikąd schodów i ślepych korytarzy dom, ma być pułapką na duchy. Pracujące bez chwili odpoczynku ekipy robotników co rusz wyburzały i dostawiały kolejne pomieszczenia. Rodzina Winchester, zaniepokojona stanem zdrowia wdowy wzywa na konsultację słynnego psychiatrę – doktora Erica Price’a, który ma odwieść kobietę od jej szalonych planów. Wkrótce okazuje się jednak, że Sarah Winchester wcale nie oszalała.

Sarah i Eric to dwie nieźle napisane oraz zagrane postaci. Ona reprezentuje czucie i wiarę. On – szkiełko i oko. Ona interesuje się spirytualizmem, on woli spirytus. Ona nosi się jakby całe dnie spędzała na pogrzebach. On to narkoman. W przeszłości oboje przeżyli tragedie, z którymi mimo upływu czasu nie zdołali sobie poradzić. Dla każdego z nich wydarzenia w Winchesterze okażą się formą terapii. Spierigowie szybko wykładają karty na stół. Zamiast wzbudzać w widzu wątpliwości czy upiorne wizje nie są wytworem napędzanej używkami wyobraźni Price’a, twórcy puszczają w ruch karuzelę strachu. Schody trzeszczą, świece gasną, a opętane dziecko snuje ponure przepowiednie głosem palacza z wieloletnim stażem. Stylowo sfotografowana wiktoriańska posiadłość wyrasta tu na oddzielnego bohatera opowieści – wydaje się być żywym organizmem, pełniącym jednocześnie funkcję pensjonatu, więzienia i przychodni dla udręczonych dusz.

Przez większość seansu reżyserskiemu duetowi udaje się wzorcowo utrzymać napięcie. Duża w tym zasługa pionu technicznego: makijaż zjaw nie wygląda tandetnie, montaż nie przyprawia o epilepsję, a scenografia i kostiumy idealnie współgrają z nastrojem historii. W dodatku główną rolę gra tu Helen Mirren – aktorka mogąca uszlachetnić swoją ekranową obecnością nawet produkcje z Nicolasem Cage’em i Vinem Dieselem (a to nie byle jaki wyczyn). Rozczarowuje jedynie finał, w którym nad emocjami zaczynają górować średnio udane efekty specjalne. Poza tym, pobyt w filmowej rezydencji z perspektywy kinowego widza był interesujący, wciągający i intrygujący.

Autor: Adrianna Mętecka

Korekta: Oliwia Jaroń

Zdjęcie główne: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *