STARE OPOWIADANIE ODNALEZIONE W SZUFLADZIE

„No nie!” – rzucił z delikatną nutą rozpaczy w głosie najwierniejszy kompan wszelakich alkoholizacji jakiego posiadałem, akurat, gdy całą moją uwagę absorbowała próba odpalenia papierosa. Nie podnosząc wzroku, kontynuowałem zaciętą walkę z zapalniczką, której cenę, to jest złotówkę, poczynałem uznawać za zbyt wygórowaną. Nie podnosząc wzroku, spytałem tylko:

– Co jest?

– Spójrz… – odparł wraz z chwilą roztlenia się karłowatego płomienia w zapalniczce.

Gdy tylko podniosłem oczy ku górze, spostrzegłem powoli zbliżający się w naszą stronę policyjny furgon. Zamarłem na chwilę, a zapalniczka, być może już na wieki, zgasła. Nim pojazd dotoczył się do nas, już wiedziałem, że sytuacja może stać się odrobinę nieprzyjemna. Rzecz jasna dla nas. Dlaczego? Otóż, siedzieliśmy na schodkach prowadzących na tyły kościoła, a między nami znajdowała się do połowy już przez nas opróżniona 0,7-mka czystej wódki oraz sok pomarańczowy w kartonie.

Dotarli. Z furgonetki wyszli niespiesznie dwaj wyglądający niemal bliźniaczo funkcjonariusze. Obaj z drobną nadwagą, niezbyt bujnymi fryzurami, bez czapek, z czerwonymi twarzami, na których ujawniało się tylko zmęczenie. Jeden z nich rzekł:

– Co wy, chłopcy? Tak pod kościołem? Trzeba było iść gdzieś indziej. Przecież to nie wypada nawet.

Wstając, spojrzałem porozumiewawczo na mojego kompana i wypaliłem:

– To nie nasze.

Nasi nowi koledzy wybuchnęli zaskakująco głośnym i szyderczym śmiechem.

– Pewnie, że nie wasze. Dobra, dawać dokumenty.

Bez zbędnego ociągania się wyciągnąłem moją legitymację szkolną. Do pełnoletności brakowało mi jeszcze dwóch lat. Kompan odparł, że żadnych przy sobie nie ma. Policjant, który dzierżył moją legitkę zaczął ją studiować. Nie minęła minuta a ozwał się do mnie słowami:

– To jak, młodziak? Do mamusi będziemy dzwonić, co?

– Już mówiłem, że to nie moje… Nasze, znaczy się, więc po co? – odpowiedziałem dość niepewnie, lecz wynikało to bardziej ze stresu niż z tego, co wypiliśmy. Cała nafta jaka we mnie wylądowała, umknęła do jakiegoś zapomnianego miejsca w moim organizmie.

– Nie wasze? Więc chuchnij – zaordynował.

Zbliżyłem się i lekko dmuchnąłem w jego stronę. „Jaja sobie robisz? Mocniej.” – skomentował. Powtórzyłem nakazaną czynność z odrobinę większą siłą i czekałem na wyrok.

Byłem święcie przekonany, że woń alkoholu była bardzo mocno wyczuwalna. Przy dmuchaniu sam ją poczułem. Przemknęło mi przez myśl, że może była wręcz zbyt mocna, tak jakby nie pochodziła ode mnie. Na takie rozważania nie było jednak miejsca, gdyż już zaczynałem wyobrażać sobie jak zgani mnie matka i w jaką rozpacz wpadnie.

Familijne refleksje przerwało natomiast zaskoczenie spowodowane tym co usłyszałem i ujrzałem. Przedstawiciel władzy powiódł wzrokiem na swojego partnera i zawyrokował: „Może to faktycznie nie ich. Nic nie wyczułem.”

Nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, zwrócono mi mój jedyny dowód tożsamości,  a policjanci wracali do pojazdu. Wsiedli do środka, jednakże nim odjechali jeden z nich wychylił się przez okno i rzekł:

– Tak sobie myślę, że skoro ta wódka nie jest wasza to możecie nam ją oddać. Razem z soczkiem.

Autor: Artur Kaczanowski

Korekta: Oliwia Jaroń

Zdjęcie główne: pixabay.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *