Głowa w chmurach, serce w górach

Ernest, nie Taco.

Siedziałam wtedy na zajęciach angielskiego w szkole językowej. W podręczniku zamiast ćwiczeń zainteresowała mnie historia iście dziennikarska! Redaktor „Smith Magazine” zainspirowany wyzwaniem podjętym kiedyś przez Ernesta Hemingwaya – miał on napisać historię w sześciu słowach – ogłosił konkurs. Czytelnicy mieli w ten sam sposób przedstawić siebie, swoje życie. Nie chodziło tu o wymienienie cech po przecinku. Liczył się pomysł i umiejętność operowania językiem. Do redakcji napłynęło tyle listów, że oprócz wyłonienia zwycięzców, postanowiono wydać z nich książkę „Not Quite What I Was Planning”. Co za pomysł! Ile skondensowanych ludzkich historii, tragicznych, szczęśliwych i tych całkiem prozaicznych.

fot. pixabay.com

A co napisał Ernest? Trzeba przyznać, że podołał zadaniu, a jego zdanie pozostawia szerokie pole do interpretacji. Brzmi ono: „For sale: baby shoes, never worn”. Podjęłam wyzwanie i raz na jakiś czas, ustalając swoje obecne priorytety, tworzę równoważniki zdań. Interesuje was treść listów ze wspomnianej książki „Not Quite What I Was Planning”?

„Cursed with cancer, blessed with friends”.
„Love me or leave me alone”.
„I still make coffee for two”.
„Hockey is not just for boys”.
„Should never have bought that ring”.

Obecnie w sieci znajdziecie wiele stron, gdzie ludzie dzielą się swoimi historiami właśnie w ten sposób. Często bez cenzury tworzonej na co dzień przez wstyd, strach lub zwyczajnie dlatego, że „nie wypada” o czymś mówić.

Czasem coś wymyślę, czasem ukradnę.

Jeśli czeka na ciebie „do-dwuminutowa” czynność, zrób ją natychmiast. Taką radę zasięgnęłam z pewnego konta na Instagramie i staram się ją stosować. Poza nią jest wiele rzeczy, które możemy czerpać od innych. Ludzie w sieci są teraz bardzo otwarci, a ja lubię czytać komentarze. Najnowszą słowną sztuką jest w moim słowniku haiku. Wyciągnięte z IG konta Romy Gąsiorowskiej, przepuszczone przez Google, bo to mój pierwszy raz. Nazwano je rozrywką osób wykształconych, ale to było w okresie Edo (XVI-XVII w.) w Japonii. Podejrzewam, że dziś nazywałoby się „zrobiłbyś coś pożytecznego”.

Uwaga, podobne japońskie wyrazy.

W ówczesnych latach najpopularniejszą formą poetycką było haikai, czyli żartobliwa pieśń składająca się z kilkunastu do kilku tysięcy wersów, zawierających sumę sylab 5+7+5. Pierwszy wers nazywamy hokku, ale wyodrębniona część haikai to już nasze haiku. Jeśli również gubicie się już w tych japońskich wyrazach na „h”, powiem tylko, że w ten sposób bawiły się elity. Grupowo tworzono odpowiadające sobie wersy, z nich zwrotki i całe haikai. Najważniejszy był jednak początek, bo to on określał tematykę utworu. Pisarz Matsuo Basho chciał szybko notować chwilowe wrażenia, więc zapisywał tylko wyjściowe wersy. Spopularyzowana forma ostatecznie uzyskała status „wolny”. Od tamtego czasu może być samodzielna i iść w świat bez całej rodziny „howych” wyrazów.

fot. pixabay.com

Swoją drogą, jeśli haikai było żartem z kilku tysięcy wersów, to co, gdy ktoś nie zrozumiał? Powtarzano? To musiały być imprezy. Gospodarz chciał opowiedzieć dowcip gościom i wyciągał książkę?

Opcja dla leniwych.

Droga Pani Tradycjo,
Obecnie w Japonii można wziąć udział w konkursie na haiku! Było już dziewiętnaście edycji. Od 2008 roku istnieje jednak program komputerowy, który na podstawie trzech słów tworzy haiku – można je oczywiście dopracować, ale gdzie zabawa? Niegdyś rozrywka dla elit, dziś generuje to system.

Z wyrazami szacunku
Haiku

Na koniec rzucam Wam wyzwanie, jak niegdyś ktoś Hemingwayowi. Stwórzcie swoją 6-cio wyrazową historię! Z niecierpliwością oczekuję komentarzy lub prywatnych wiadomości!

Autor: Barbara Jakubowska

Korekta: Kamil Kijek

Zdjęcie główne: PublicCo /pixabay.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *